Kategoria: (informacyjne) Autor: agniusza Data 21 listopada 2007

Patronką naszego festiwalu jest Aida Warzyńska, zmarła tragicznie blogerka, która była zapaloną czytelniczką pierwszych blogów w polskim internecie. Niezwykle sugestywna, delikatna, odbarzona niepospolitym słuchem, który pomagał jej pisać opowiadania, piosenki dla dzieci i największe wyznania miłosne. Kilka blogów jej autorstwa do dziś krąży samotnie w sieci niczym w wielkim kosmosie. Łapcie je i czytajcie. Poniżej opowiadanie Aidy, które opublikowaliśmy w jednym z ostatnich numerów Rity Baum. Napisała je na fali fascynacji Dworcem Centralnym, który tyle razy opiewał w swoich prozach Jerzy Pilch.

aida1a.jpg

MAŁY WIELKI DWORZEC

To tu właśnie jest to miejsce, w którym w miałkich i przelotnych zdarzeniach powszednich rodzi się nieuleczalna miłość. Miłość do rzeczy małych, do okruchów, do rozbitych kawałków szkła, wypełnionych widokami ziemi z kosmosu. To tu właśnie jest to miejsce. Poupychane, zapięte na agrafkę, oklejone taśmą.

W kącie leży ogryzek jabłka, jeszcze oddycha. Obok mały, prawie niewidoczny chłopiec przesuwa palcem po wgłębieniu miedzy płytkami, wydłubuje piasek i zjada. Kobieta w czarnej halce trzepocze nad nim, wygasza nagimi rękoma te znane matczyne gesty ostrzegawcze. Pociąg z Terespola do Warszawy Wschodniej przyjedzie z opóźnieniem około 20 minut. Ci dwaj znów spotykają się piętro niżej. Wiem co zrobiłeś, mówi jeden, sprzedałeś moje fanty. Nic nie sprzedałem, odpowiada tamten, nic nie sprzedałem. Leci reklamówka, lecą długie i krótkie, deszcz wielki, gradobicie w przejściu podziemnym. Obok suszy się pranie, woda kapie równym tempem z troka od bluzy prosto do kosza. Ktoś bierze ten kosz, turla do sąsiadki - to jest glinianka, mówi, tu można zrobić kapustę, można zakisić ogórki, wszelkie przyprawy łącznie z vegetą, są mile widziane. I już widzę po jej oczach, że zaczyna się dzień, że poruszona została właściwa struna, bo oto zupełnie jak na zawołanie oddaje
mu dwa jabłka z siatki i okręca twarz szalikiem. Pod kaloryferem ktoś chrapie. Z okienka biletowego, zaledwie metr nad jego kruchym ciałem, wysuwa się plasterek papieru. Czy to jest miejsce przy oknie? - pyta kobieta. Kurwa, co wy za duperele teraz załatwiacie o szóstej rano - wyfruwa z dołu, z wąskiej szczeliny, z zaspanych, spierzchniętych ust.

Nazwa miasta furkocze na tablicy rozkładów, ktoś odlatuje w nieznane miejsce, opuszcza ziemię. Peron jest pusty. Zgarbiony staruszek rusza wzdłuż torów, wyciąga jakieś rzeczy ze ściany, wypycha nimi plecak i idzie do siebie. Na tę trzecia ławkę od lewej obok stoiska z tanią książką, na to miejsce, którego nikt mu nie zajmie. Ja mam już osiemdziesiąt jeden lat -
mówi. Słyszę, jak woda cieknie, jak kapie z chmur, wiem, co się dzieje na górze. Słyszę krew, jak szumi, jak buzuje im wszystkim we łbach. Jak ich gna, żeby mogli poszperać, poszukać w koszach. Coś tam znaleźć.

Hala Główna jest pełna jak jego torby, tak pełna, że może się w każdej chwili rozpruć. Ale jeszcze wytrzyma, bo przecież już za chwile wszyscy, którzy znaleźli się tu przez czysty przypadek, wyjdą za drzwi. Jeszcze ten chłopak od Rybczyńskiego wskoczy przez okno po piłkę. Zalegnie cisza. Za moment oni rozejdą się do swoich wyłożonych perskimi dywanami domów, zasyczą automatyczne drzwi, przecieknie nimi do wnętrza ostatnia chuda wiązka
chłodu, będzie po wszystkim. Ci dwaj pokłócą się jeszcze dwa razy w innym miejscu, na innym poziomie. Ta matka tam w rogu walnie dzieciaka w twarz, zaszczeka, odsunie brudnym paznokciem grube warstwy halek i wyjmie swoją nabitą pierś, podsunie mu pod spuchnięte wargi, rozbuja się.

Kiedy wszyscy usną w tym miejscu, tylko rozrzedzi się ruch. Całodobowe knajpy wolniej będą przesuwały się po planszy, dym z papierosów zakrzepnie na chwile w szparze miedzy oknami, a potem wolno obsunie się w dół. Tutejsi ludzie, domatorzy wycieraczek i wnęk, będą siedzieć za szybą, spacerując po mglistym, rozmazanym brzegu snu. Będą szukać drogi, która mogłaby ich doprowadzić do celu, wyprowadzić stad, jakiegoś zawołania z podwórka,
czyjegoś śladu. Na chwile wyczują znany zapach, odetchną szczęśliwie, oprą się czołem o ścianę, przełożą zdrętwiałą nogę na drugą, zamkną oczy. Pociąg z Gdańska do Krakowa wjedzie na tor pierwszy przy peronie drugim.

Nikt nie oczyści powietrza, nikt nie usunie bagaży, nikt nie wyłączy światła. Nic nie ustanie, nic nie uschnie, bo tu nie ma pory na odpoczynek, tu nie ma stygnących biurowych krzeseł i kota samego w mieszkaniu, tu jest ruch, centrum produkcji.

A z zewnątrz wszystko wygląda inaczej. Dużo inaczej. To już nawet nie jest budowla, to jest migający światłami statek kosmiczny gotowy do startu. To jest puste miejsce, lądowisko. Wystarczy zrobić kilka kroków za daleko, przystanąć w Alejach, zgubić się na Jana Pawła, zapytać kogoś o drogę.

aidamala.jpg

aida4a.jpg

Odpowiedz
Nick: 
Email: 
WWW: 
Treść: